Przydarzyła mi się historia, którą, z wielu powodów, czuję się w obowiązku opowiedzieć szerzej. Historia ta na dzień dzisiejszy wciąż nie jest dla mnie jednoznaczna… i pewnie przyjdzie mi jeszcze długi czas odkrywać jej skutki. Otóż podczas mojej podróży po Maroku na przełomie 2018 i 2019 poznałem dziewczynę. Spędziliśmy razem, głównie w towarzystwie jej rodziny – 5 intensywnych dni, podczas których zaręczyłem się i na pewien okres uwierzyłem, że możemy żyć razem i tworzyć szczęśliwą parę. Po powrocie do Polski i kolejnych 5 dniach – byłem już pewny, że ta wizja się nie urzeczywistni. Dziś postaram się to ubrać w słowa, które mogą być dla jednych ciekawą historyjką, dla innych może przestrogą czy źródłem cennych informacji.

Tym bardziej czuję się w obowiązku spisać moje doświadczenie i podzielić z innymi, że nie trafiłem na żadne relacje tego typu (w sensie – relacje mężczyzn) ani przed wyjazdem, ani też po powrocie. Jeśli już – to znalazłem relacje kobiet – albo doświadczonych szczęśliwie (więcej takich znajdowałem przed wyjazdem), albo nieszczęśliwie (te informacje zaczęły do mnie napływać dopiero po powrocie), natomiast żadnych ze strony mężczyzn. Czy to przez wstyd? Lęk przed ocenami innych? Przyznaniem się do naiwności lub inna forma poczucia zagrożenia dla Ego? Czy też może dlatego, że częściej to mężczyźni wykorzystują, niż są wykorzystywani? Czy z innych powodów? Nie wiem. Mam wyłącznie nadzieję, że to co napiszę, będzie dla kogoś pomocne. Czuję, że może być szczególnie przydatne dla męskich, samotnych podróżników po Maroku.

Z góry uprzedzam, że najbardziej wrażliwe informację zachowam na ten moment dla siebie prywatnie. Niektóre aspekty tej sprawy, a zwłaszcza moje własne zachowania w trakcie i po powrocie do Polski, wciąż  wprawiają mnie w zdumienie. Większa jeszcze ilość moich zachowań wprawia w zdumienie niektórych z moich bliskich, którzy nie mogą sobie tego przełożyć na rzeczywistość i regularnie wyrażają swój brak zrozumienia lub wystawiają oceny z gatunku tych co „powinienem był” lub „nie powinienem był” zrobić. Nie dziwią mnie te reakcje i choć na wiele pytań wciąż nie potrafię odpowiedzieć, na ten moment zrozumiałe jest dla mnie z całą pewnością, że skoro już to wszystko się wydarzyło, moim obowiązkiem jest tę historię opowiedzieć.

Tym samym zapraszam osoby chcące nawiązać dialog lub dopytać więcej do bezpośredniego kontaktu ze mną.

Fakty, czyli co się wydarzyło?

  • W momencie kiedy poznałem M. (tak będę ją nazywał, aby nie naruszyć jej spokoju i prawa do prywatności), byłem w 20 dniu mojej podróży.

Spędziłem samotnie w drastycznie różnych krajobrazach społeczno-krajobrazowych już tyle czasu, za towarzyszy mając wyłącznie ludzi poznanych na miejscu. Przepełniony przeróżnymi wrażeniami – wszechstronnie nowymi doświadczeniami, gęsto także trudnymi lekcjami – w bilansie jednak miałem poczucie odbierania wyłącznie Dobra i Piękna. Byłem zachwycony Marokiem – i wciąż jestem – bo ta podróż wielopłaszczyznowo wzbogaciła moje życie.

  • Jak to się zaczęło?

Jechałem wybrzeżem Atlantyku, szukając dziewiczych plaż. Raptem 10 minut wcześniej spędziłem piękny czas nad oceanem – słuchając nieregularnego rytmu fal, pływając w ciepłej wodzie, szukając nowych form wyrazu na saksofonie… w miejscu dosłownie perfekcyjnym. Absolutnie prywatnym – podczas godziny widziałem tylko majaki ludzkich postaci na horyzoncie a w odległości kilkudziesięciu metrów ode mnie raz tylko przejechali na motorach rybacy. Nie szukałem niczego i nie miałem żadnych pragnień – czułem się po prostu doskonale. Podczas tego momentu mojego tripu też nie czułem specjalnych ciśnień jako mężczyzna i niewiele uwagi w moim wnętrzu zajmowały kwestie szukania czy znajdowania nowej partnerki. Pełen luz, spokój, uczucie szczęśliwości, radości, satysfakcji, wdzięczności … wręcz błogość.

Jechałem w takim stanie drogą na południe w pobliżu Oualidii, mając po swojej prawej bezkresny ocean, kiedy zobaczyłem młodą dziewczynę z rodziną łapiącą stopa. Miałem w sobie wewnętrzne postanowienie nie zabierania już nowych autostopowiczów – moja podróż powoli zmierzała ku końcowi, chciałem na następny dzień odwiedzić przyjaciółkę w Essaouira, kolejne dni też były zaplanowane. Ale po minięciu autostopowiczów spojrzałem w tylne lusterko i zobaczyłem, że dziewczyna wyszła na ulicę i zaczęła robić pajacyki całym ciałem, aby zwrócić moją uwagę. Dziś gdy to wspominam mam poczucie, że wtedy wręcz usłyszałem jej wołanie. Przez mój umysł i ciało przemknął błyskawiczny impuls nakazujący mi zawrócić. Nie zastanawiając się wiele – usłuchałem go i zrobiłem to – zabrałem ją, jej mamę, ciotkę i 4 letniego brata do auta.

Towarzystwo było wdzięczne, radosne i sympatyczne. M. wręcz natychmiast zaczęła zachowywać się w taki sposób, który odebrałem jako zaloty. Zresztą – nie musiałem tego odgadywać – za pomocą translatora na komórce, tłumacząc arabski na angielski lub polski, dawała mi do zrozumienia jak bardzo się jej podobam i że czuje do mnie miłość. Przyznaję przy tym. że nie byłem obojętny na jej względy – spodobała mi się bardzo jako kobieta. Pojechaliśmy do miasta, poszliśmy na kawę i soczki w towarzystwie rodziny, która szybko wybrała się na spacer, by dać nam trochę prywatności. M. z własnej inicjatywy i mimo moich oporów przełamywała barierę w kontakcie fizycznym między nami.

  • Co się działo potem?

Spędziliśmy razem ostatnie dni mojego pobytu w Maroku. Przyznaję uczciwie – uczuciowo wciągnąłem się bardzo mocno. Jeśli chodzi o zaangażowanie w relacji, to z obu stron było ono wysokie – praktycznie się nie rozstawaliśmy. Spędzaliśmy czas w domu M., oraz w domach innych członków jej rodziny. Wszystkie osoby przyjmowały mnie ciepło, okazywały swoją troskę i sympatię. Niektóre zachowania czy sytuacje nie podobały mi się, jednak starałem się zachować otwartość na ich odrębną kulturę i okazać szacunek jako gość. To M. przełamywała moje opory i ciągnęła mnie do przekraczania kolejnych granic. Przy czym towarzyszyło mi poczucie, że jest w tym bardzo autentyczna. W żadnym momencie tego czasu razem z nią lub członkami rodziny nie wyczuwałem ani fałszu, ani zagrożenia.

Kilku swoim przyjaciołom przesłałem nasze wspólne zdjęcia i odebrałem pozytywne odpowiedzi. Nie miałem czasu nawiązać wtedy dialogu z nikim i na bieżąco opowiedzieć co się u mnie dzieje – moja uwaga była stale koncentrowana na byciu razem z M. i aktywnościach przez nią organizowanych (a był to bardzo intensywny i aktywny czas). W poniedziałkowy ranek wróciłem do Polski czytając już na lotnisku o procedurach małżeństw obywateli Polski i Maroka, także opcji dla związków muzułmańskich kobiet z mężczyznami innej wiary, dalej o procedurach wizowych i możliwościach dla otrzymania czasowego i stałego pobytu oraz obywatelstwa dla M..

Kolejne dni spędziłem na lekturze najróżniejszych materiałów oraz rozmowach z wieloma ludźmi posiadającymi różne doświadczenia w podobnych lub ogólnych sytuacjach. Podczas tych rozmów, także z bliskimi, oraz będąc cały czas w kontakcie z M., coraz bardziej uświadamiałem sobie, że nasz związek nie ma żadnej przyszłości. Miałem poczucie, że uległem jakiejś szalonej fascynacji i że fala entuzjazmu, która wcześniej uniosła mnie do nieba, zaczyna teraz słabnąć a ja coraz mocniej staję na dawnym, twardym gruncie. Przede wszystkim, uświadomiłem sobie, że nas prawie nic nie łączy, a szanse, że się to zmieni są znikome. Wracały stopniowo wszystkie moje przemyślenia z ostatniego półtorej roku, na temat „jaki związek chciałbym teraz z kimś współtworzyć”. Przemyślenia dotyczące m.in. współdzielenia wartości i wspólnych zamiłowań, ale także poziomu komunikacji i głębi kontaktu. Jedno z drugim nijak się nie łączyło. Zrozumiałem, że nie bylibyśmy szczęśliwą parą – zobaczyłem wyraźnie scenariusz, w którym M. wyrwana ze swojej społeczności, bez znajomości języka, z jedynym marzeniem zostania żoną i matką, zostaje uwięziona w domu, w dodatku w Polsce – często nieprzyjaznej ludziom o jej typie urody (tutaj także podziękowania dla Pauli Szewczyk za uwrażliwiający mnie w tym obszarze artykuł w Newsweeku pt. „Te, co puszczają się z „ciapatymi”. Trudne życie muzułmanek w Polsce oraz za odpowiedź na kontakt i nakierowanie mnie na Polskie Forum Migracyjne). Ja z kolei, wciąż w podróżach, na spotkaniach, skupiony na swoich obowiązkach i odpowiedzialnościach – nie byłbym dla niej dobrym mężem i partnerem w życiu, jakiego potrzebuje. Także procedury prawne – małżeństwo międzynarodowe, legalizacja, procedury imigracyjne – to wszystko gdy nabrałem już więcej wiedzy (a zbierałem ją ze wszelkich możliwych źródeł) – zjawiło mi się jako mur wymagający zbyt wiele wysiłku, aby go pokonać. A gdyby się po pół roku okazało, że faktycznie nie tworzymy zgranej pary? Jak miałoby wyglądać rozstanie i moja odpowiedzialność za jej losy? To pytanie ma w tym przypadku wymiar zarówno czysto ludzki – jak i kulturowy, ze względu na rygory prawa islamskiego.

W czwartym dniu po powrocie, powiedziałem M. o swoich wątpliwościach i wnioskach. I w tym momencie zaczęły się dziać rzeczy, które już tylko przyspieszyły zerwanie. Reakcja M. z początku była emocjonalna w tonie zasmuconym, potem nasz kontakt ucichł, ale szybko przeszła znów na „habibi I love you”. Mimo prób z mojej strony, żeby jasno i prosto przekazać moje stanowisko, miałem poczucie, że w ogóle nie ma między nami komunikacji i zrozumienia. Ja swoje – ona swoje. W tym samym czasie prowadziłem intensywne rozmowy – narady z członkami mojej rodziny i przyjaciółmi oraz zaczęła do mnie docierać szeroka skala scenariuszy dla obecnej i przyszłej sytuacji. Różne osoby z mojego otoczenia oraz nowo poznane rzucały nowe światła na moją historię. Poczułem, że intencje drugiej strony mogą opierać się nie tylko na uczuciach, ale pragnieniu osiągnięcia konkretnych osobistych korzyści dla siebie i swojej rodziny. Poprosiłem M. o ciszę w kontakcie, aby zebrać myśli i otrzymałem ją. Po dwóch dniach rozmyślań i narad, bardzo wyraźnie i dobitnie poinformowałem ją, że nie będziemy parą i dlaczego to jest niemożliwe. Jej odpowiedź i zachowanie nie spodobało mi się – wyglądało to na „ja sobie, ona sobie”. Finalna odpowiedź M. na moje komunikaty plus parę innych twardych obserwacji i wniosków (np. zauważyłem, że nagle zaczęła zmieniać swój profil na FB i dopisywać do niego wiele pozycji, także bzdurnych – np. że studiowała na UJ w Krakowie) sprawiło, że intuicyjnie zerwałem i zablokowałem kontakt – uznałem wtedy i nadal stoję na stanowisku, że była to właściwa decyzja.

Tym bardziej uznałem, że forma ostrego odcięcia jest właściwym komunikatem, bo takie też zachowanie obserwowałem w ich kulturze – osoby, które nie należą do Twojego świata, nie reprezentują tych samych wartości – są natychmiast blokowane i odcinane.

  • co mam na myśli mówiąc „zaręczyłem się”?

Nazwaliśmy siebie mężem i żoną – między sobą, kupiliśmy obrączki i założyliśmy je sobie na palce w sklepie jubilerskim, zrobiliśmy dla M. makijaż ślubny henną i fryzurę oraz obwiesiliśmy te wieści rodzinie. Rozmawialiśmy także z członkami rodziny, o wspólnych planach – że, chcemy mieć dwójkę dzieci i żyć razem w Polsce oraz często odwiedzać Maroko. Nie byliśmy w żadnym urzędzie ani u kapłana, nie podpisywaliśmy żadnych papierów. Nie przeszedłem też na islam. M. deklarowała, że żadne oficjalne ani religijne kwestie nie są dla niej istotne – liczyła się tylko miłość i obietnica.

  • Jakie scenariusze dla dalszego rozwoju wydarzeń zostały mi przedstawione po powrocie do Polski?

Bardzo różne. Niestety – ani jednego bezpośrednio pozytywnego – to znaczy nie udało mi się do dnia dzisiejszego poznać żadnej pary Mężczyzna-Europejczyk i Kobieta-Marokanka, żyjących w Polsce. Za to usłyszałem wiele historii o takich parach żyjących we Francji a także w ogóle o samych kontaktach w tym układzie – i nie były to szczęśliwe historie.

Dowiedziałem się od jednej osoby z bogatym doświadczeniem wprost związanym z Marokańczykami, że już „mam przesrane”. I wyjścia są dwa – albo zbieram wszystkie oszczędności, jadę tam, przechodzę na Islam i układam sobie życie z M. – ale najprawdopodobniej za jakiś czas i po oskubaniu mnie do zera – wywalą mnie i zachowają prawa do wszystkiego… Albo natychmiast kasuję facebooka, zmieniam adresy mailowe, chowam się – ale i tak mnie znajdą, przyjadą tutaj albo przez sieć kontaktów wyślą kogoś i dokonają honorowej zemsty, ponieważ zhańbiłem i porzuciłem kobietę z rodziny. Wysłuchałem tych relacji uważnie i z wielkim szacunkiem, wielokrotnie omawiałem takie ewentualności z innymi ludźmi i przez cały czas nie zlekceważyłem przestróg. Natomiast zachowuję spokój i zakładam wystąpienie pozytywnego, a nie najczarniejszego scenariusza.

W internecie wyczytałem, że to kobieta może być w większym zagrożeniu niż ja, oraz że i w tym kraju nie są obce np. honorowe zabójstwa i przemoc w rodzinie. Znalazłem informacje o różnych incydentach i moje serce napełniło się strachem. Wprawdzie nie natrafiłem na informacje o incydentach dotyczących przypadku analogicznego do mnie, a także podsumowując wiedzę, którą mam – w tym mnóstwo własnych obserwacji i odczuć – wciąż mam głębokie poczucie, że to nie jest ten najczarniejszy przypadek. Nie chcę jednak ignorować żadnych potencjalnych zagrożeń, dlatego jestem uważny i czujny, mając świadomość, że ta historia może jeszcze po wielokroć wracać w różny sposób. Niemniej zachowuję spokój i jestem dobrej myśli.

Polecę niektóre z bardziej rzetelnych źródeł, z których czerpałem wiedzę. Warto przeczytać artykuły „Honorowe” morderstwa – plaga muzułmańskich społeczności w Newsweek, a po angielsku: Honor Killing In Morocco And India oraz opracowania Morocco: Incidences of honour killings, recent cases and state protectionMorocco: Honour crimes, including frequency; government protection for victims. Można samemu pogooglać na ten temat bo wiadomości i materiałów jest wiele. Bardzo szeroko wprowadza w temat aktualnej sytuacji społecznej na tle przejawów przemocy w Maroku dłuższe opracowanie The Certificate of Virginity: Honor, Marriage and Moroccan Female Immigration. W pewnym momencie dowiedziałem się o istnieniu kodeksu rodzinnego – Mudawana, bardzo konkretnego prawa marokańskiego opisującego m.in. zawieranie związków, z jakich etapów się to składa, jakimi obowiązkami jest obwarowane, etc. Prawo to obecnie jest przedmiotem debat i podejmuje się próby jego reformowana – na bardziej postępowe, bardziej uwzględniające m.in. prawa kobiet. Mnóstwo informacji na temat Islamu i konkretnych przypadków ludzi, w tym par międzynarodowych, czerpałem z forum na portalu yabiladi oraz na stronie Daniela Pipesa. Na drugiej stronie równolegle bezcenne były artykuły jak i komentarze – rozbudowane i na wysokim poziomie, często bardzo wielowątkowe i rozpoczynające nowe gałęzie dyskusji albo poszukiwania wsparcia u innych. Każdy wątek poszukiwań przynosił lawinę nowych informacji, którą nierzadko czerpałem wprost od ludzi, z którymi mogłem nawiązać kontakt. Dziękuję wszystkim. Dziękuję Janowi Wójcikowi, którego znalazłem przez portal Euroislam, za wysłuchanie mnie, przeanalizowanie mojej sytuacji i podzielenie się swoimi wnioskami. Była to dla mnie cenna porada, w moim odczuciu obiektywna i rzetelnie bazująca na mojej indywidualnej sytuacji. Finalnie mnie ta porada uspokoiła. Podobnie jak uspokoiło mnie to, że mimo długich godzin spędzonych w sieci i znajdowania bardzo niepokojących informacji, dotyczyły one przeważnie innych krajów arabskich oraz zupełnie innych niż moja sytuacji. Mam poczucie, że Maroko jest jednak wyjątkowe pod względem silnych wpływów francuskich (w sensie cywilizacji europejskiej) oraz silnej społeczności Berberów, dla których Islam nie jest tak fundamentalną sprawą jak dla społeczności arabskiego pochodzenia. Jestem też bardzo wdzięczny wszystkim moim bliskim, którzy cierpliwie ze mną rozmawiali i udzielali mi swojej pomocy.

Jedną z osób, które przedstawiły scenariusz najbardziej do mnie przemawiający – bo pasujący w bardzo wielu punktach do mojej historii, jest Marta, autorka artykułu przedstawiającego bardzo rzetelnie powszechną praktykę naciągania turystów: Bezness, miłość przypieczętowana w .. Western Union oraz pomocniczego artykułu – testu Sprawdź czy Twoje habibi to beznesser? Przetestuj Waszą miłość. To właśnie kontakt z Martą był dla mnie najbardziej otrzeźwiający i dostarczający konkretów. Zbyt wiele opisanych przez nią praktyk, pokrywało się z moim przypadkiem, by nie był to klucz pomagający mi rozwiązać zagadkę.

  • Do jakich wniosków dochodziłem już po powrocie do Polski?

To było zbyt piękne by mogło być prawdziwe. Poznawszy nieco tą kulturę, mam poczucie, że równocześnie była to próba osiągnięcia konkretnych korzyści dla siebie, jak i zupełnie szczera chęć wyrwania się z tego kraju. Warunki w Afryce naprawdę nie są najlepsze. Tamtejsi mężowie nie zaspokajają dość dobrze potrzeb swoich kobiet – te tłamszone przez kulturę, szukają realizacji w bardziej nowoczesnym świecie zachodu. Chcą poprawy swoich warunków. Jednak w tym przypadku ja nie chcę i nie mogę być pomocnikiem w realizacji takich celów. To jest podyktowane moimi szczerymi uczuciami, odrębnymi życiowymi dążeniami i wreszcie stoi wbrew moim wartościom.

Cała podróż do Maroka i czas tam spędzony były dla mnie permanentnym sprawdzianem systemu moich wartości. Spędziłem tam 25 dni sam, stykając się z przeróżnymi sytuacjami, będąc wyłącznie odpowiedzialnym za poradzenie sobie w tych warunkach. Przyjąłem postawę pełnego szacunku obserwatora, ale także otwartego wędrowca, gotowego poznawać kulturę, zdobywać doświadczenia i asymilować dobre praktyki. Uczyłem się zupełnie nowych zachowań w świecie totalnie różnym od naszego, nie przestając ani na moment być sobą – Jakubem, Polakiem i Europejczykiem. Na każdym kroku musiałem stawiać granice między otwartością a własnymi wartościami. W przypadku historii z M. – pozwoliłem sobie przesunąć swoje granice, przyjąć to co mnie spotkało i poznać głębiej co ma mi do zaoferowania. Dlaczego to zrobiłem? …skoro byłem cały czas świadomy tego kim jestem? Nie wiem. Podążyłem za głosem intuicji. Tak wybrałem.

  • Ale czy mogę być pewien żę w 100% świadomie?

Dlaczego pozwoliłem na takie tempo? Dlaczego tak łatwo zgadzałem się na wszystko, mimo sytuacji flagowych? Może zostałem napojony jakimś narkotykiem? Zostałem przed tym przestrzeżony przez parę osób. Że nie jest to wcale rzadka praktyka, że kobiety korzystają ze znanych sobie ziół – afrodyzjaków, aby osiągnąć swoje cele. Podobno marokańscy mężczyźni rzadko jadają poza domem, w obawie przed takim zagrożeniem. Wydaje mi się (w stopniu graniczącym z pewnością), że tak nie było. Nie wiem.

Podobnie jak wydaje mi się, że wiem coś o M. i jej rodzinie… ale z drugiej strony – nie mam pojęcia o czym oni rozmawiali. Nie znam arabskiego. Może wychwytywałem poszczególne słowa, ale nawet ogólny sens rozmów nie jest dla mnie zrozumiały. Rozmowy były prowadzone w radosnej atmosferze, dużej zażyłości i otwartości, w towarzystwie dzieci w różnym wieku. Nie odebrałem poczucia zagrożenia, albo współtworzenia planu w stosunku do mojej osoby, mam też wrażenie, że nie byłem aż tak wielkim wydarzeniem. Oczywiście, oferowano mi gościnę, witano serdecznie, uczono mnie słów i imion poszczególnych osób… ale poza tym ludzie zajmowali się swoim życiem i sprawami, nie poświęcając mnie i M. zbyt wiele uwagi. Miałem poczucie, że traktują mnie na zasadzie „dziewczyna przyprowadziła sobie chłopaka, zobaczymy co z tego wyniknie”. Ale też za jej pośrednictwem wyświadczyłem im wiele pomocy. Czy było to planowane i omawiane w trakcie mojego pobytu? Nie wiem.

Ale też na te niewiadome jest jedna odpowiedź – jak w każdej historii z aspektem miłości. Zauroczyłem się i straciłem na pewien czas głowę.

  • Jestem pełen dobrej energii i pomyślnych myśli.

Nie mam najmniejszego żalu do tej dziewczyny, nie oceniam też jej zachowania. Na koniec swoich wypowiedzi życzyłem jej szczęśliwego życia i dobrego męża. Mam nadzieję, że to się stanie. Ze swojej strony – nie mogąc wytłumaczyć samemu sobie niektórych własnych zachowań – postanawiam położyć swoją ufność w życie, działając w każdym momencie w zgodzie z moimi wartościami. Czułem się też w obowiązku spisać to wydarzenie i podzielić się nim, gdyż być może gdybym sam trafił na podobną relację przed wyjazdem, byłoby to dla mnie przestrogą i historia potoczyłaby się inaczej.

27.01.2019> Napisałem już dość wiele i na tym etapie skończę. Postaram się rozpropagować mój tekst w miejscach, gdzie trafiają potencjalni podróżnicy. Jeśli otrzymam jakąś reakcję – rzeczywistości w swej własnej osobie oraz innych ludzi, rozbuduję ten artykuł w przyszłości.